Kryzys publicznej służby zdrowia i iluzja darmowego ratunku
Największą tragedią współczesnego człowieka jest głębokie przekonanie o własnej nieśmiertelności oraz ślepa wiara, że w razie kryzysu publiczny system ochrony zdrowia zdąży nas uratować. Widzimy to w codziennych dramatach. Ludzie latami ignorują pierwsze sygnały: opuchnięte, sine łydki (podręcznikowy zwiastun powikłań krążeniowych i cukrzycowych), przewlekłe wzdęcia, drastyczne spadki energii po posiłkach czy chroniczne zmęczenie. Zakrywają oczy, odwracają głowę, licząc na to, że „jakoś to będzie”.
Rzeczywistość brutalnie każe płacić cenę za tę naiwność. Publiczna służba zdrowia ugina się pod naporem milionów chorych na własne życzenie, generując gigantyczne kolejki i paraliżujący brak czasu.
Kiedy biologia w końcu wystawia ostateczny rachunek – w postaci stopy cukrzycowej, zaawansowanej miażdżycy czy chłoniaka – system ochrony zdrowia często okazuje się bezradny. Słyszymy historie o ludziach, którzy całe życie odkładali pieniądze, ciężko harując i odmawiając sobie wszystkiego, a jednocześnie całkowicie zaniedbywali swoje zdrowie. Odchodzą często nagle, a czasem w ogromnym cierpieniu, na kilka miesięcy lub lat, przed realizacją życiowych planów, zabici przez brak czasu i zablokowane kolejki.
Słyszymy o mężach i ojcach, którzy odrzucali prośby swoich partnerek i dzieci o zmianę nawyków żywieniowych, którzy odchodzili przedwcześnie zostawiając bliskich z ogromnym kosztem emocjonalnym i finansowym.